Fintech oparty na pieczątkach. Dlaczego Japonia wolno adaptuje się do zmian technologicznych

Fintech oparty dzięki pieczątkach. Dlaczego Japonia wolno adaptuje się do przemian technologicznych

Japonia słynie wraz z zaawansowania technologicznego, jednak ponadto pozostaje krajem przywiązanym do rozwiązań archaicznych. Wciąż atrakcyjne są tam faksy, na koniec 2019 roku zostanie zakończone wspieranie usług na pagery, a banki dopiero w tej chwili ogłaszają koniec ery pieczątek. Bo w cyfrowej Japonii bez analogowego stempelka do tej pory ani rusz.

W bankach osobiste pieczątki nazywane hanko działają jak na naszym portalu podpis. My składamy do banku wzór podpisu, w Japonii przypisuje się do odwiedzenia rachunku unikalną wersję hanko. Tak naprawdę rejestrowało się dotychczas aż trzy wersje stempelków. Jeden na wymagania dużych transakcji wymagających wizyty u notariusza czy urzędzie stanu cywilnego, drugi do odwiedzenia przelewów bankowych, trzeci do odwiedzenia podpisywania rzeczy codziennych, to znaczy na przykład do odbioru przesyłek na poczcie.

Pieczątki oficjalnie weszły do użycia od 1873 r., pierwszy raz pojawiły się w czasach shogunatu w sezonie XII-XIV wieku, gdy wojownicy rządzili z miasta Kamakura (ok. 50 km na południe od Tokio).

Pieczątki na każdą okazję

Hanko przyjęły się także pośród turystów jako upominek spośród Japonii. Ich rynek wyceniany jest na 1, 5 mld dolarów rocznie. Można kupować ich rozmaite warianty od tanich i "roboczych", po drogie, oprawiane przy cenne kamienie czy kości.

"Pionierem" wśród odchodzenia od archaicznej tradycji staje się bank Mitsubishi. Przy Japonii jest największym pożyczkodawcą i właśnie ze powodu na przechodzenie na urządzenia ochronne cyfrowe polegania na hanko coraz bardziej hamuje postęp biznesu. Nowoczesne firmy wraz z branży fintech - a jednym spośród najbardziej zaawansowanych państwa pod tym względem wydaje się wreszcie i Polska a mianowicie oferują uwierzytelnianie klientów za pośrednictwem aplikacji, odcisków palca, czy biotechnologii.

Rezygnację z hanko wspiera też obecny premier Japonii, Shinzo Abe. Jego rząd przygotował projekt ustawy oferującej większą ilość usług online.

Wara(n) od naszego rynku

Na dwanaście miesięcy przed premierą pierwszego typu iPhone’a japońscy konsumenci zdołali oglądać na swoich schowkach telewizję. Jednak toporne, kompletnie nie idące z duchem czasu wzornictwo japońskich produktów pogrzebało szansę na sprawne konkurowanie z zachodnimi przykładami. Izolacja japońskiego rynku zupełnego produktów zaawansowanych, działających aczkolwiek jedynie za granicą nazywana była syndromem wysp Galapagos. Komórki pełne gadżetów, których nasza firma u siebie nie posiadamy nawet do tej pory, dawny niczym ogromne żółwie albo warany – nieprzystosowane do realiów innych rynków, nieprzerwanie odstraszające nowe generacje odbiorców. Japońskie firmy mogły podbijać swoimi wynalazkami świat, ale skupiały się jedynie w własnym rynku. Proste telefony Nokii w erze przedsmartfonowej biły rekordy sprzedaży pod każdą szerokością geograficzną. Na temat japońskich produktach nie wiedział nikt.

Gdy w połowie 2008 roku innowacyjny Softbank wprowadzał na japoński rynek iPhone’a, szef konkurencyjnego telekomu KDDI nie szczędził słów krytyki mówiąc, hdy taki telefon nie może sprostać gustom Japończyków. Powinno się było wymienić kierownictwo, by smartfon Apple znalazł się w ofercie KDDI i zdobywał nowych nabywców.

Jeszcze kilka lat wstecz na japońskim rynku nie było zagranicznych producentów telefonów komórkowych. Japońskich managerów cechowała zbytnia pewność siebie i mniemanie o własnej nieomylności. Całokształt co z zagranicy stało z założenia gorszej klasy i niepasujące do kontrahenta, specyfiki kraju oraz wszystkiego, na co tylko możemy było ponarzekać. Skutki takowego podejścia są opłakane i teraz producenci z Państwa Kwitnącej Wiśni muszą dwoić się i troić, aby wymyśleć coś nowego. Państwo od lat zmaga się z ekonomicznymi problemami, zaś niechęć do wspierania nowych technologii nie pomaga się wyrwać z tej haczyki.